12 sierpnia, 2007
wpływ rodziców na zachwianie mej dynamiki życiowej
Napisane w: Ogólne, Życiowe teksty (0)
Pobyt u wujka mija beztrosko, prawie pół Krakowa zostało przez nas zobaczone, mieszkamy u wujka w Krakowie, a opis naszej wycieczki zamieszczę przy najbliższej okazji. Czuję głód pisania. Tak właśnie. O godzinie 00:13 12 sierpnia bieżącego roku Mariusz, autor owego bloga, poczuł głód pisania. Zabrałem się szybko do roboty, bo temat dzisiejszej notki wpadł mi do głowy dzisiejszego popołudnia podczas powrotu z Rynku ulicą Borsuczą.
Na jakimś zdezelowanym bunkrze leżała stara, wyniszczona przez orszak czasu plastikowa butelka. I owa butelka nie dostarczająca myśli chyba nikomu oprócz mnie w promieniu kilometra od miejsca zdarzenia, była powodem mojej rozterki, trwającej może i krótko, ale w jakże urokliwy sposób prezentujący moje dzieciństwo, a właściwie wpływ mych prawowitych opiekunów (czyt. rodziców) na mą ciekawą egzystencję. Otóż kiedy spojrzałem na plastikowy śmieć, przypominały mi się słowa mamy, wypowiadane przez nią wielokrotnie: "Mariusz, nie podnoś tego! Nie wiadomo czy osoba, która tego wcześniej dotykała, nie miała AIDS". I mały Mariuszek, nie świadomy, że AIDS można zarazić się jedynie poprzez krew lub stosunek z osobą zakażoną, wierzył swej matuli bezgranicznie.
Tak samo było przed wyjazdem na zieloną szkołę. Mama strofowała mnie, że nie można mieszać wędliny i mleka. Przynajmniej tak coś wspominała. No i, jako żem ufający, wierzyłem jej i raz nawet zadzwoniłem z Dźwirzyna z zapytaniem "Mamo? Bo na stole jest tylko wędlina i mleczko. Co mam robić?. No po prostu mózg się lasuję jak słyszę to wszystko. A jeszcze bardziej wkurza mnie to, że idąc z nią za rączkę musiałem mówić każdej jej znajomej "Dzień dobry", choć na dobrą sprawę w ogóle tych kobiet nie znałem. Z momentem osiągnięcia jako takiej dojrzałości psychicznej, zaprzestałem tego dziwnego czynu i teraz witam się z osobami tylko i wyłącznie wcześniej przeze mnie poznanymi. Tyle o mamie.
Przez tatę kocham Wisłę Kraków, lubię grać w piłkę (historia z "Mariuszku! nie z kazia" została już kiedyś wspomniana), słucham takiej, a nie innej muzyki itd. Jakoś wpływu podobnego do mamy nie zauważam.
I to nie o to chodzi, że ja się na swej rodzicielce wyżywam. Broń Boże. Ale czasami ta opiekuńczość była nadmierna, co prowadziło do chorych sytuacji. Cóż, rozumiem, że się o swego małego synka martwiła, ale popadanie w skrajności jest jeszcze gorsze niż chore zakłamanie. No ale wyrósł ze mnie taki, a nie inny Mariusz i chociażby za to należą się ogromne podziękowania dla moich rodziców. Pewnie i tak tego nie przeczytają, a o istnieniu bloga wiedzą tylko z opowiadań siostry, ale czy to ważne...
1 | Arietta
12 sierpnia 2007, 11:10:07
Miło tak poczytać wspomnienia ze środka nocy…
Z tą nadopiekuńczością... brrr… im to chyba zostaje do końca życia…
Pozdrowienia dla Ewelinki.